Archiadnae uniosła kącik wargi w grymasie. Mimo skrzywienia dalej wyglądała dostojnie i władczo.
- Jestem wierna swojemu Władcy. - Powiedziała ze spokojem. Jej głos stał się bardziej łagodny - widocznie tego oczekiwała Castiella. - Gdzie mam się udać?
- Twój zamek znajduje się na wschodzie. - Odpowiedziała kobieta składając imponujące, czarne skrzydła. Była naprawdę piękna, na swój dziwny, przytłaczający sposób. Patrzenie na nią aż męczyło, chociaż Władczyni wydawała się być udobruchana.
Archiad skłoniła z wdziękiem głowę, kładąc prawą rękę na sercu. Sama rozłożyła swoje puszyste, białe skrzydła - ich rozpiętość wynosiła prawie cztery metry. Wydawały się jednak mniej groźne jak u Castielli; raczej miłe, ciepłe i zdecydowanie nieprzydatne do walki.
Nic bardziej mylącego.
Archiadnae uniosła się kilkanaście centymetrów i niemalże wypynęła z pałacu. Szybko osiodłała swojego rumaka i ruszyła na wschód.
Z pomocą wiatru przebrała się spowrotem w swoją czarną zbroję i pozbyła się sukni.
Nagle, w pobliskich krzakach coś się poruszyło. Jakieś zwierzę... wilk? Kot?
Archiad wzdrygnęła się. Zwierzęta były takie brudne.
<ktokolwiek widział, ktokolwiek wie? xD>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz